-ka-

ja nie jestem każdą kobietą.

Nie ma prawie dobrych rozwiązań.

2

no i proszę. doczekałam się upargnionego planu zajęć w którym będą istniały dni wolne. po 4 latach. a dokładniej w połowie czwartego roku. mam środy i czwartki wolne. i jak one wyglądają? siedzę i zapierdalam nad prezentacją z teorii funkcjonaługęstości. czymkolwiek ona nie jest. wiem o niej, że składa się na nią bardzo dużo wzorów których samo przepisanie żeby wkleić do powerpointa zajeło mi prawie 2 godziny. także musi być bardzo ważną teorią skoro ma tyle wzorów. albo i nie. w sumie to nie ma reguły.

nie mam już choinki co jest oczywiste. w ramach rekompensaty kupiłam sobie różowego kwiatka. trochę podobnego do stokrotki. nie pamiętam nazwy. była na C. wyrzuciłam karteczke więc nie wiem jak go podlewać. nie mogę też tegoznaleźć  gdziekolwiek indziej bo nie pamiętam nazwy. próbowałam już przeglądać wszystkie kiwatki na C. i chuj (też na C). kto by pomyślał, że jest tyle kwiatków na C. w każdym razie w mojego kwiatka na C wetknęłam dwa czerwone serduszka na wykałaczkach które wyjęłam z walentynkowego bukietu od L. który swoją drogą nie przetrzymał nawet 24 godzin. bukiet nie przetrzymał. L. wytrzymuje wciąż. a ze mną to chyba nie jest łatwie. ciężko mi stwierdzić. no ale serduszka na wykałaczkach też przetrwały. bo są porządne. jak L. ale nie jak kwiatki. co zwiędły. wykałaczki zostały. także wetknęłam je pomiędzy te stokrotki co są na literę C i wygląda to pięknie. jestem zachwycona i będę tego kwiatka podlewać. w przeciwieństwie od tych wszystkich które też planowałam podlewać i jakoś nie wyszło. tego będę podlewać. postanowione.
nie cierpię moich koleżanek. przepraszam. znajomych płci żeńskiej które ze mną studiują. nie cierpię ich. wszystkich. nigdy nie umiałam się dogadywać z dziewczynami. z facetami jest o niebo ławiej. no ale przez te cztery lata próbowałam. i myślałam ze mi wychodzi. do momentu kiedy nie zorientowąłam że one wszystkie – tak dokładnie wszystkie bez wyjątku – utopiłyby mnie w łyżce wody. czy jak się to mówi. w szklance? nieważne. utopiłyby i tyle. są pizdami tak po prostu. przez cztery lata na każym kroku udowadniają mi że jestem głupsza. dowód? jak tylko sie razem uczymy i ja coś zacznę tłumaczyć – co rzadko mi się zdarza ale jednak – to slysze ciii Ty nie mów bo mi zamieszasz. niech M. powie. więc milczę. a M. mówi. i tak cztery lata. jak opowiadam cokolwiek co nie dotyczy szkoły to słyszę coś podobnego ciii. jak Ty głośno mówisz. głowa mi pęknie. więc znowu milknę. jak opowiadam o L. zazwczaj też podobnie ale Ty go idealizujesz. nic złego na niego nie mówisz. zobaczysz że za to cie kiedys kopnie w dupe. więc milknę. żeby mnie nie kopnął. skoro one wiedzą ze kopnie to dmucham na zimne. ale za to są sytuacje kiedy mogę mówić. a nawet nie mówić, ale robić. to zazwyczaj nowy semestr. jako starosta rozdzielam grupy i wtedy ej ale wiesz że chcemy być w tych grupach co ty. tak żeby nie mieć okienek. pamiętaj – koleżanki powinny trzymać się razem. i wtedy rzygam. mentalnie rzygam na nie. patrzę im w oczy i jak już powiedziałam r-z-y-g-a-m. tata mi od zawsze mówił że nie umiem dobierać sobie koleżanek. a L. mówi że to idiotki. kocham tate. i kocham L. mają racje. zdecydowanie mają. w końcu są mężczyznami a z nimi jest łatwiej. bo częściej mówią prawdę niż baby. a tym bardziej takie pizdy. na nie można tylko rzygać. mentalnie. nie ma innego wyjścia.

So damn you Cinderella…

2

proszę o wybaczenie mojej nieobecności. nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. nic a nic.

ten bal przed rokiem, o którym pisałam udał się owszem. szkoda że niewiele poza balem się udaje. i że dobre chęci to niewszystko. że zafascynował mnie przedmiot, którego wykładowca mnie nienawidzi. na którego chcąc nie chcąc musiałam napisać skargę w imieniu wszystkich. i co gorsza musiałam złożyć zeznaniania. i na dodatek marzę o zrobieniu tam magisterki w co nikt by mi nawet nie uwierzyl. a sam prowadzący wyśmiałby mnie złowieszczym śmiechem potworów z kreskówek. taka ironia losu. on robił wszystko żebym znienawidziała jego i ten przedmiot. jego znienawidziałam. a przedmiot pokochałam. nie można mieć wszystkiego. 

jedynie człowiek tak sobie wyewoluował rozum, że znajduje przyjemność w cudzym cierpieniu.
ponadto zadrutowali mi zęby. przez co przeżyłam najgorszą wigilię w życiu. piłam barszcz przez rurkę a z pierogów wyjadłam tylko farsz. i to niezbyt wiele. pocięte wargi i język. spuchnięte policzki. dlaczego kiedy płaciłam pani ortodontce 6,5 koła za dwa druty i kilka metalowych zamków nawet nie napomknęła o takich skutkach? za te 6,5 koła chociaż odrobina prawdy by mi się należała. albo chociaż jakis nie-bolący-aparat czy coś. no nie wiem. cokolwiek. poza tym święta udane. na potwierdzenie:
ciocia(składanie życzeń z opłatkiem): oj. ale ty źle wyglądasz. tak jakoś nie wiem… schudłaś. ale tak źle. za bardzo. nie chudnij tak. i tak na czarno te oczy. nie pasuje ci to. i ten aparat też nie pasuje. a na dodatek przez niego nie jesz i chudniesz. niech ci go jak najszybciej zdejmą.
ja: ja cioci też wszystkiego najlepszego życzę.
niech żyją święta. 
ale za to mam choinkę. swoja własną. znaczy moja i L. dużą. ubraną w różowe, niebieskie i srebrne bombki. a co. mam więc własną różową choinkę. i kocham mojego L. wciąż, bezustannie i z każdym dniem mocniej. 
dopóki nie jesteś w poważnym związku, dopóty wydaje ci się, że jedyne, czego oczekuje się od partnera, to miłość, przyjaźń, pensja i seks. lecz po kilku latach wspólnego życia okazuje się, że wszystko to jest niczym w porównaniu z największym darem, jaki możesz otrzymać od ukochanej osoby: godzinki cierpliwego słuchania twojego marudzenia.

a on słucha. miliardy godzin mojego marudzenia. albo dobrze udaje. w każdym razie czuję się usatysfakcjonowana tym sposobem sluchania lub udawania. 
kocham L.
i mam różową choinkę.

zaginęłam w akcji na dłużej. wiem. mea culpa. regenerowałam siły. wiłam gniazdko. i pozwalałam mojej dupie rosnąć. a teraz wiosna. kolejna sesja czai się za rogiem. więc postanawiam schudnąć. zorganizować się. i ponadto coś napisać.

także mieszkamy sobie z L. razem już od pięciu miesięcy. przeżyliśmy jedną, może dwie sprzeczki. i co ciekawsze były to sprzeczki głównie polityczno-religijne. po rocznym mieszkaniu z K. nigdy nie myślałam, że mieszkanie z mężczyzną (w przypadku K. jest to duże nadużycie. powinnam użyć innego, również o męskim rodzajniku – czyli psychopata. natomiast L. to zdecydowanie mężczyzna.) może być takie przyjemne a przede wszystkim bezstresowe.
kochać się z kobietą i spać z nią to dwie namiętności, nie tylko różne, ale prawie przeciwstawne. miłość nie wyraża się w pragnieniu spółkowania (to pragnienie dotyczy przecież niezliczonej ilości kobiet), ale w pragnieniu wspólnego snu (to pragnienie dotyczy tylko jednej, jedynej kobiety).
jutro idziemy na bal. zwany studniówką. konkretniej jest to bal na 100 dni przed obroną magisterki. biorąc pod uwagę że terminu obrony nie ma jeszcze jest on czysto hipotetyczny. w każdym razie – idziemy. sukienka, garnitur wszystko jest ready
podczas zakupów przedbalowych postanowiłam kupić sobie strój kąpielowy. zły pomysł. zdecydowanie. przymierzyłam rozmiar 38 i ku mojemu ogromnemu zdziwieniu wyglądałam w nim – a konkretnie w tych majtkach – jak baleron ściśnięty gumką recepturką. słowo daję. nastąpiła czarna rozpacz. jeszcze nie zdążyłam dobrze wyjść z tej przymierzalni a minę miałam tak płaczliwą że L. biegiem odwiesił strój kąpielowy żebym przypadkiem nie musiała na niego patrzeć. pogrążyłam się w otchłani smutku i zalazłam wodospadem nieszczęscia. nie dramtayzując oczywiście. a skąd! L. stwierdził że w tym momencie bezpieczniejszym miejscem będzie sklep ze sprzętem elektronicznym. dojrzałam tam – moim czujnym ślipiem – fantastyczną myszkę bezprzewodową w różowe kwiatki. ale uznałam że nie jest mi zbyt potrzebna. na co L. kiedy się odwróciłam poszedł z nią do kasy i z dumą wypisaną na twarzy wręczył mi ją jak tylko wyszłam ze sklepu. to się nazywa mieć faceta informatyka. w ramach rekompensaty za to że w stroju kąpielowym jestem baleronem (nie zapominajmy o gumce recepturce!) mam nową myszkę. tadam!

kocham tego mojego L. ponad wszystko.

ale za to nienawidzę mojej szkoły. znaczy mojego wydziału. najszczerzej jak tylko można. nienawidzę. poprawę egzaminu z nieszczęsnej organicznej w zeszłym semestrze zdałam ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu na 5. i chociaż w tym semestrze jets łatwiej to chyba szału radości. jak to jest (w sumie to wiem jak niestety. ale dlaczego?!) że skoro sesja trwa dwa tygodnie a my mamy mieć dwa pisemne egzaminy to oboje prowadzący wyjeżdżaj sobie w drugim dniu sesji na dwa tygodnie? no kurwa jak? powinno to być zdecydowanie zakazane. zabronione. czy coś tam. 
tym optymistycznym akcentem i pytaniem retorycznym zakończę.
udanych juwenaliów życzę. a niestudentom słonecznego weekendu.

 

kurwa kurwa kurwa. ujebałam organy. najważniejszy egzamin. do którego się najbardziej uczyłam. na który zrobiłam ponad 300 stron A4 ręcznie pisanych notatek bo na egzaminie trzeba było mieć notatki. i co? i kurwa chuj. i płakałam tak długo i tak mocno z tego powodu ze cały przydział łez już zużyłam. i klęłam przy tym jak przysłowiowy szewc. ja pierdole. a w związku z tym że był to mój trzeci egzamin w sesji a po nim miałam jeszcze dwa to do dwóch pozostałych z powodu nieopisanej depresji przygotowałam się chujowo. wiec jeszcze czekam na ich wyniki. i zapierdalam z organami znowu. tym razem poprawa bez notatek. wiec moje 300 stron moge sobie w dupsko wsadzić. i kurwa poziom egzaminu ma być taki sam?! no kurwa! skoro nie napisałam tego mając do dyspozycji notatki to chyba bez tym bardziej! kurrrrrwa! nie po prostu znowu zaczynam buczec jak o tym pomyśle. kurwa uczyłam się tego regularnie. od roku. praktycznie co tydzien kolokwia. i z seminarki i z laborki. zdanie egzaminu było od 60 pkt… ja miałam 56,5 i ani 0,5 pkt wiecej znaleźć się nie dało. nienawidzę tego wydziału!!! i nie pójdę tam na magisterkę choćby nie wiem co! kurwa. 

z tego co widzę to po wykreśleniu moich przekleństw notka miała by może 3 linijki… mam nadzieję że zrozumiecie. trzymajcie kciuki w środe na poprawie. błagam! jak nie zdam to chyba skocze z jakiegoś wieżowca. z tabliczką na szyi „w imię organicznej. nie potrafię jej zrozumieć więc wolę zginąć”. eh.

kocham L. co raz bardziej. z każdym dniem i chwilą. odnoszę wrażenie że pod jednym dachem kocham go jeszcze bardziej. budzę się rano i mimo tej zasranej uczelni i całego gówna w koło patrze jak przez sen robi ten swój uśmiech księciunia i umieram ze szczęścia. i mam wrażenie że umarłabym naprawdę bez niego. i nawet teraz kiedy spędzam sobotni wieczór sama bo on udał się na męską alkoholizację. kocham go. k-o-c-h-a-m.

i L. obiecał że kupi mi pieska. mi nienawidzącej zwierzęta. owszem. i mi która nie mogłam znieść dwóch psów na starym mieszkaniu. doprowadzały mnie do kurwicy. a teraz chce maltańczyka. tak po prostu. postanowiłam. oznajmiłam. a on powiedział że kupi. i już. po sprawie. i zgodził się żebyśmy nazwali go Szy. tak po prostu. szy i koniec. 
także będziemy sobie mieszkać w naszym dwupokojowym mieszkanku we trójkę. ja, L. i Szy. i będzie wspaniale. a w przybliżeniu nasza codzienność wygląda tak:
miejsce: łóżko
czas: środek nocy
postacie: ja i L.
przybliżenie sytuacji: ja – chora z gorączką, pocę się pod kołderką, L. przez sen dobiera się do mnie
ja: proszę Cię nie. jestem cała morka
L.: (kompletnie zaspany) ja się słonko nie dziwie. na mój widok każda się robi mokra.
ja:  (szok i parsknięcie śmiechem)

i jak tu go nie kochać?
nie da się. i nie chciałabym. oj nie.
I ŚLUBUJĘ CI UŚMIECH PRZY PORANNEJ KAWIE.


idziemy z moim nie-psychopatą-eL-em po cud. 

planuję zamieszkać z L.. od 1 stycznia. sama jestem w szoku. ale trafiła się okazja i jak to mówią – grzech nie skorzystać. swoją drogą mam już doświadczenie z mieszkania z mężczyzną. chociaż w poprzednim przypadku to słowo mężczyzna jest chyba wysoce niestosownym nadużyciem. w każdym razie mieszkałam z K. i co? i chuj. jeden z najgorszych okresów w moim życiu. chociaż jak przypomniała mi jedna z dziewczyn ty weź tego nie porównuj! to był psychopata. racja. był. L. nie jest. na pewno nie jest. 

zmarnowana szansa to nie tylko zmarnowana szansa, lecz cios zadany przyszłości. jeśli przegapi się zbyt wiele szans, przyszłość będzie tak okaleczona, że umrze i wcale się jej nie będzie miało.
mój L.
mój nie-psychopata-L. 
aj.!

mój wydział nie jest normalny. mój wydział zdecydowanie nie jest normalny. nie jest normalne to, że studiując na trzecim roku każdego dnia ide tam posrana w gacie ze strachu że ujebie rok przez to że nie zdam jednego koła. nie jest to normalne powtarzam. powiem więcej. to jest w chuj popierdolone. ot co. tyle mam do powiedzenia. dodam że to nie ja jedna. że to nie tak że jestem największym uczelnianym debilem i niczego tam nie ogarniam. nie licząc geniuszy każda osoba na roku żyje już trzeci rok jak przez mgłę. w ciągłej niepewności. bo jest koło. potem poprawa. i chuj. studiujesz rok dłużej. z tego co się orientuję, na normalnych wydziałach kiedy jest kolokwium ludzie dzielą się na 3 grupy: ci którzy się nauczyli, ci którzy trochę się nauczyli i ci którzy chuja na to położyli i się nie nauczyli. i później krzywa gaussa. czyli normalnie. a u mnie na wydziale wszyscy stanowią jedną grupe: ci którzy się nauczyli. i tyle. nie ma inaczej. nikt nie przychodzi bez obkucia się trzy noce z rzędu. i co? i w wynikach i tak krzywa gaussa. i jak to możliwe? bo w wynikach dzieli się standardowo na trzy grupy: ci którzy umieli i się nie dali, ci którzy umieli i w kilku miejscach dali się nabrać wyjątkowym reakcją oraz ci którzy również umieli ale dali się nabrać w większej liczbie miejsc niż ci poprzedni. także tyle w temacie. nienawidzę tego wydziału. ryje mi banie i doprowadza do szału. w ramach potwierdzenia przytoczę tako ostatnią historyjkę. pisze sobie kolokwium z chemii fizycznej. przy czym „piszę” to pewne wyolbrzymienie bo potrafiłam zrobić całe pół zadania. no i moich dwoje prowadzących stoi obok mnie. i pani B. mówi do pana K. wiesz, nam się teraz opłaca ich zostawiać. im więcej ich zostanie tym więcej będzie grup w przyszłym roku. a to oznacza więcej godzin czyli więcej pieniędzy. czyli tyle. w tym momencie zapomniałam nawet jak zrobić tą część zadania którą potrafiłam rozwiązać. i chuj.

jedynym pozytywnym aspektem mojego życia jest L. kochający mnie wciąż. a ja jego chyba co raz bardziej z każdą sekundą. i niestety negatywny nastrój nie pozwala mi przytoczyć żadnego z naszych wesołych dialogów. 
pozostaje mi życzyć upo(i)jnej barbórki górnikom i obfitych mikołajek wszystkim grzecz(sz)nym;)
dlatego, że niektórzy z was nie zgadzają się z moim zdaniem, waszą reakcją jest wyśmianie tego i mnie zamiast uznania indywidualizmu. czujecie się zagrożeni przez indywidualizm i każdego, kto nie podąża za stadem.

i po co rozpoczął się rok akademicki? a no po to żeby ludzie przypomnieli mi jak bardzo mnie wkurwiają. jak wykurwiście mnie wkurwiają. jak cholernie mam ich po dziurki w nosie. poziom wkurwienia z każdą sekundą wzrasta w związku z czym rok akademicki anno domini 2010 uważam za rozpoczęty. amen. w takim razie przechodzimy z L. wspólną – jesienną – depresję. cierpimy z braku myślących osób w pobliżu. myślących po naszemu. albo nawet nie. myślących w ogóle. to wystarczy. bo jakoś kiepsko z tym. także trwamy w tym sobie. kochając się. w każdym tego słowa znaczeniu. nie kłócąc się nadal. z nadzieją że od hormonów urosną mi cycki. bo póki co można chyba pomylić moje plecy z cyckami. w sumie to łopatki mi chyba bardziej odstają. ciekawe czy można sobie przeszczepić tłuszcz z dupska w cycki. miałabym wtedy chyba miseczkę E. jak nie większą. ale póki co muszę żyć z moim A i pół. zwanym dla pocieszenia małym B. 

ponadto mogę się pożalić że miałam już 9 kół od początku semestru. co by czasu nie marnować. i właśnie dzisiejszą piękną sobotę poświęciłam na zapierdalaniu do poniedziałkowego koła z organicznej. ale teraz już mózg mi się zresetował po obejrzeniu w necie dwóch odcinków tap madl czyli top model jeżeli mój udawany akcent Joanny Krupy nie jest zbyt wiarygodny. nauczyłam się nawet kiłku ładniejszych sentecji:
siesze sze sze jeste dziefszyno, 
- nie ma nicz takjego speszjalnego w tobje.. dżast kidink!!!
- biedna dziefczyna Paris Hilton wanna be
no i mózg mi nie działa. i chuj. moze to jutra się jakoś naprawi. w sumie to liczę na to, bo wbrew zapewnieniom mojej mamy z dzieciństwa jaka to nie jestem śliczna i najpiękniejsza to chyba jednak tap madl nie zostanę i lepiej ogarnę moje rozdzielanie nitrobenzenu i aniliny. a propos! ktoś kto wymyślił destylację z parą wodna musiał być nieźle pierdolnięty. w życiu tak nie srałam po gaciach montując jakikolwiek zestaw. nie dość że to wielkie i ciężkie jak cholera to jak zobaczyłam jak ta jebana grzałka robi się czerwona i wszystko podskakuje na tych nierównych kafelkach pod dygestorium… to modliłam się żeby się skończyło. ponadto ten idiota na pewno nie brał pod uwagę faktu ze laborka z organicznej na uwr trwa tylko 4 godziny i że jak się to gówno przedestyluje to ma się 15 minut na posprzątanie całego tego syfu. a czerwona od ciepła grzałka raczej nie stygnie w minute. ale chuj – umyć trzeba. może magisterkę napisze na ten temat. skoro nikt wcześniej na to nie wpadł że jednak człowiek chociażby się w chuj obkuł na jebane koło to wrzącego szkła nie podniesie. nie ma bata. chyba że o jakiejś tajnej technice jeszcze nie wiem.
a na koniec z serii mała, głupia, blond -ka- żali się najbardziej złośliwemu na świecie L. aby podtrzymał ją na duchu.
ka: i wiesz, oni mnie na tym wydziale za debila mają
L: słonko, to są debile.
ka: ale oni myślą ze ja!
L: wystarczy że my wiemy że nie
ka: może mi nie wystarczy
L: co mam im iść powiedzieć?
ka: a pójdziesz?
L: oczywiście kochanie. załatwie to. 
ka: taaaa pójdziesz i powiesz : moja dziewczyna jest inteligentna?
L: nie. powiem że ja jestem inteligentny.
ka: jaki to ma związek?
L: że wpinam w ciebie dość często łącznik
ka: ale ty jesteś pierdolnięty. inteligencja nie przenosi się przez kutasa zboczeńcu.
L: w sumie racja. ale podczas robienia loda trochę się jej już nałykałaś
ka: ja pierdole. nienawidzę cię!
L: a ja cie kocham. i robisz świetną gałę.
ka: też się kocham. chociaż jesteś chujowy.
koniec obrzydliwego i ordynarnego dialogu. jak go tak sobie czytam to stwierdzam ze chyba jednak to nie ludzie w koło są nienormalni. tylko my. troszeczkę. 


miłość to fizjologiczna psychoza. całkowite zawężenie procesów poznawczych i intelektualnych. zaburzenie świadomości. rozszczepienie emocji i działania. bywa nieuleczalna.

 
i tak bardzo kocham mojego L. aż czasami kiedy budzę się rano nie mogę złapać oddechu z radości ze mogę go kochać. tak po prostu. nigdy nie myślałam że sam fakt kochania kogoś może dawać tyle radości. nawet więcej niż świadomość że on mnie kocha. bo kocha. wiem to.
L. mnie kocha.
ja kocham L.

DOPISANE:
moja-spowiedz.blog.pl nie pamiętam loginu i hasła do Ciebie! napisz proszę w komentarzu:)

mam niezłą obsuwę. wiem i błagam o wybaczenie. do najbardziej zorganizowanych osób nigdy nie należałam. należy przez to rozumieć ogólny życiowy rozpierdol każdego dnia i kompletną dezorganizację. jako że w czasie roku akademickiego moje życie jest bardziej unormowane. jeśli można to w ogóle tak nazwać. w każdym razie mam nadzieję ze teraz będę pisać bardziej regularnie.

próbuję ogarnąć istotne sprawy żeby nic nie pominąć. z takich istotniejszy spraw to nasz związek z L. przeszedł wyższy stopień wtajemniczenia. stało się to za sprawą wypowiedzianych przez L. (co prawda pijanego L. ale liczy się fakt) słów pod tytułem kocham cię. jako że wydarzyło się to w stanie upojenia alkoholowego chciałam przemilczeć, ale gdzie tam. L. odczuł wielki przypływ uczuć. jednakże na nasz sposób dość charakterystyczny bo powtarzał ciąglę „kocham cię. bardzo. tylko nie spierdol tego. proszę. bo ja tego na pewno nie spierdole„. na drugi dzień z rana (już trzeźwy) L. postanowił obudzić mnie słowami które stanowiły meritum poprzedniego wieczoru. i dzięki Bogu tymi słowami nie było „nie spierdol tego”. uf. z czego wynika że obudził mnie słowami „kocham cię”. nie ukrywam że cieszyłam się jak cholera. i oczywiście powiedziałam to samo. pierwszy raz w życiu powiedziałam to z całkowitą pewnością, szczerością i brakiem jakichkolwiek wątpliwości.

tak więc żyjemy sobie teraz z L. który mnie kocha! (będę to powtarzać dopóki się tym nie nacieszę… więc to jeszcze raczej potrwa). jutro L. ma przejść pierwsze spotkanie z moją Mamą. nie było innego wyjścia w sumie. gdyż rodzicom zepsuł się kompletnie nasz stuletni komputer. a przecież moja ukochana 13sto letnia siostra żyć bez komputera nie może. (kurwa! ironizuje jakbym sama potrafiła żyć bez kompa. hipokrytko!) dążąc do. to jako że L. jest z wykształcenia (jeszcze w trakcie), powołania oraz z krwi i kości informatykiem został zmuszony do zajęcia się skompletowaniem nowego komputera dla moich rodzicow i jutro ma przyjść podłączyć go i zrobić to co zazwyczaj robią informatycy żeby na komputerze można było coś robić poza zmianą tapety. 
z człowiekiem zawsze coś jest nie tak i jeśli wyleczy się to, co jest nie tak, coś innego – i dużo gorszego – zaraz okazuje się nie tak.

z mniej miłych rzeczy aczkolwiek istotnych w chuj to pani doktor kilka dni temu zdiagnozowała mi zespół jelita drażliwego. i chuj. jelito jak jelito. od małego często bolał mnie brzuch. ale jako że całe zycie zachowywałam (czas przeszły użyty specjalnie żeby ładnie brzmiało bo oczywiście powinno być: zachowuję sie nadal ) jak księżniczka na ziarnku grochu. w przeciwieństwie do mojej siostry która ma więcej męskich cech niż niejednej facet. ja zawsze byłam delikatna i trzeba było chuchać i dmuchać żeby się przypadkiem krzywda nie stała. moja siostra to nawet z wyglądu jakaś taka bardziej… hmm ciężko to ująć bo nie chcę używać słowa męska ale mogę chyba napisać ze jest młodsza ode mnie 8 lat i wyższa o jakieś ponad 10 cm. chodzi na miliony sks-ów, jakieś wycieczki w góry i inne takie. ja w tym wieku chodziłam na taniec towarzyski i rozglądałam się za chłopakami do wyrwania. a ona za nową piłką do kosza. może i kurwa lepiej. piłka do kosza przynajmniej nie myśli kutasem. jeszcze tego by brakowało. ale do rzeczy. jako że takie delikatne stworzonko ze mnie było nikt się aż tak nie przejmował bo przecież wszystko mnie zawsze bolało. i żeby było fajnie muszę zrobić kolonoskopie. do kurwy nędzy. musze pozwolić wsadzić sobie jakąś rurę do dupy! nawet nie potrafię napisać wszystkich przekleństw jakie mi się teraz nasuwają. kurwa kurwa kurwa. oczywiście muszę czekać teraz żeby się na to jebane badanie dostać. bo kurwa prywatnie kosztuje 350 zł. jeszcze mnie kurwa tak nie popierdoliło żeby płacić 350 za wsadzenie sobie kija w odbyt. w związku z tą sytuację L. (który jak juz wspominałam – kocha mnie!) w ramach pocieszenie powiedział to trochę tak jak anal. a przecież niektóre kobiety to lubią. jednak mój wzrok wyjaśnił mu natychmiastowo że nie jestem niektóre kobiety i za wsadzanie w moją własną pupę, z którą jestem tak związana, czegokolwiek bardzo dziękuję. oczywiście powiedziałam ze to badanie to po moim trupie ale już mama nasłała na mnie babcie żeby zadzwoniła i mi przegadała bo babci jakoś trudniej mi odmówić. niestety kolonoskopia nie jest tu najgorsza. jak wyjaśniła mi pani doktór (przepisując antybiotyk za 2 stówy! studentce lekarstwo za 200? ona chyba nigdy nie studiowała!) choroby tej się za bardzo wyleczyć nie da, można tylko łagodzić objawy stosując całe życie odpowiednią dietę. i uwaga bo to jest najgorsze. dwa produkty których nie mogę spożywać w ogóle: mleko – jakoś to przeżyję. i… CZEKOLADA! kurwa mać! czekolada?! już co jak co, ale tego nie przeżyję. 


i chuj. to tyle z tych ważniejszych chyba.
dobrze że mój L. mnie kocha.
bo kocha.
i ja też. jego. tylko.

Krótko, zwięźle i na temat.

4

my – wyjątki – żyjemy. STOP. po weekendzie się odezwę. STOP. odbywam obecnie praktyki w moim rodzinnym mieście gdzie na dwa tygodnie wyłączyli ciepłą wodę żeby wyczyścić rury. STOP. marznę kurwa cholernie. STOP. jadę dziś do mojego L. który został we wrocławiu. STOP. wezmę tam ciepły prysznic! STOP. po weekendzie notka – obiecuję. STOP. bez odbioru:)


  • RSS